Galeria ul. Mariacka

Wywiad z Ryszardem Kowalewskim

Ryszard Kowalewski, malarstwo
Galeria ZPAP w Gdańsku, ulica Mariacka 46/47
28.10-27.11.2019

Grażyna Tomaszewska-Sobko: Studia ukończyłeś w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Byłeś tam przez dwa lata asystentem w pracowni drzeworytu kolorowego w pracowni prof. Wacława Waśkowskiego, po czym mając 27 lat postanowiłeś przenieść się do Gdańska.
Ryszard Kowalewski: No cóż, podążyłem za głosem serca. Ale nawet mój dyplom był związany z Wybrzeżem i nosił tytuł „Muzeum, wystawa poświęcona Obrońcom Wybrzeża”, co wiązało się z częstymi wizytami w Gdańsku, Gdyni, na Kępie Oksywskiej i Westerplatte. Potem zacząłem tu pracę w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych jako asystent u profesorów: Włodzimierza Padlewskiego, Lecha Kadłubowskiego i Jerzego Zabłockiego. Jednak po czterech latach wyprawy w góry zaczęły kolidować z pracą na uczelni. Zacząłem się wtedy wspinać bardzo intensywnie. Góry od początku mojej kariery alpinistycznej nauczyły mnie pokory. Zaliczyłem kilka mocnych przygód, dotykałem krawędzi życia, spadałem, jednak wychodziłem z opresji bez większych urazów, przeżyłem. Miałem dużo szczęścia, lecz około dwudziestu bliskich kolegów z którymi byłem związany liną straciłem, zostali w górach. Pierwszy raz za granicę wyjechałem w Alpy francuskie w roku ’67, a w ’68 w Dolomity włoskie, w roku ’70 był Pamiro-Ałaj, następnie Alpy włoskie i austriackie i tak
dalej. No ale w związku z tymi wyjazdami musiałem wybrać, uczelnia czy wspinaczki. Wybrałem góry, między innymi dlatego, że dawało mi to możliwość wyjazdu za granicę. Zwiedzałem i chłonąłem świat.

G.T.-S.: A jak się ta Twoja przygoda z górami zaczęła?
R.K.: Na początku studiów uprawiałem gimnastykę, jednak naderwanie przyczepów ścięgna ręki wyłączyło mnie z treningów. Mieszkałem jako student w słynnym warszawskim akademiku w „Dziekance”. Tam w pokoju kolegi Samka Skierskiego, taternika, zobaczyłem wiszący na ścianie sprzęt alpinistyczny. Po krótkiej rozmowie bardzo się tą dziedziną sportowej działalności zainteresowałem. On był moim instruktorem. Wprowadził mnie w tajniki uprawiania wspinaczki w skałkach i Tatrach. Niestety zginął w ’68 w Alpach.
G.T.-S.: A od kiedy zacząłeś malować góry?
R.K.: Pierwszy raz w Tatry wyjechałem w ’64, a już rok później pojechałem tam ze sztalugą i przy schronisku w Morskim Oku zacząłem malować z natury. Później na wyprawach robiłem szkice i notatki, a czasem czarno-białe zdjęcia. W sumie przez czterdzieści lat wyjeżdżałem w różne góry świata: Alpy, Pamir, Karakorum, Himalaje, Andy, Góry Alaski, spędziłem w nich parę lat i dlatego myślę, że poznałem je dosyć dokładnie. Widziałem je w różnych porach roku, o każdej porze dnia, ze śniegiem, lodem, w deszczu, słońcu, wietrze, poznając różne rodzaje skał. To wszystko mam już w sobie, dlatego łatwiej mi górski świat przenosić na płótno.
G.T.-S.: Kochasz góry. Ale co tak naprawdę Cię w nich pociąga jako temat malarski? Czy groza, czy te ostre załamania światła, które tak perfekcyjnie oddajesz na swych płótnach?
R.K.: Przede wszystkim pociąga mnie uroda gór. To jest podstawa. Góry to dla mnie taki teatr, który nie pozwala mi się nudzić. Ciągle się zmieniają, w zależności od pory dnia, pogody, chmur, wiatru, deszczu, śniegu. Ciągle się odsłaniają nowe ich oblicza i bez względu na przykład na przeraźliwe zimno można stać i się w nie wpatrywać i chłonąć te urodę. Z resztą ogólnie rzecz ujmując, to co tworzy natura jest dla mnie czymś bezwzględnie wielkim, zachwycającym i trudnym do opisania. Miałem to szczęście, że byłem w takich okolicach, gdzie nikogo jeszcze przed nami nie było. Wspinałem się na dziewicze szczyty pięciotysięczne, sześciotysięczne i siedmiotysięczne w Pamirze, Andach, Karakorum. Teraz żyję tymi pejzażami malując je. W góry jeżdżę dla relaksu.
G.T.-S.: A kiedy zacząłeś pokazywać swoje górskie pejzaże na wystawach?
R.K.: Pierwszą wystawę „górską” miałem w Gdańsku w Domu Prasy” w ’74. Potem starałem się brać udział w wielu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Zorganizowałem ponad 50 wystaw indywidualnych. Bywało, że wystarczył że mi zwrot pieniędzy za paliwo, resztą zajmowałem się sam.
G.T.-S.: W przyszłym roku będziesz obchodził pięćdziesięciolecie pracy twórczej.
R.K.: Tak, ale jeszcze nie mam koncepcji gdzie urządzę rocznicową wystawę.
G.T.-S.: Dało się przez te pięćdziesiąt lat żyć ze sztuki?
R.K.: No cóż, oprócz malowania obrazów projektowałem wystawy, mam bardzo dużą praktykę wystawienniczą, a także zajmowałem się grafiką użytkową. Zawsze tez stąpałem twardo po ziemi i starałem się pracować na etatach i płacić składki zusowskie.
G.T.-S.: W roku 2016 widziałam twoją ogromną, jeżeli chodzi o liczbę prac, wystawę w Filharmonii Bałtyckiej. Nie próbowałam ich liczyć. Ale było ich naprawdę bardzo dużo. Ile dzieł masz na swoim koncie?
R.K.: W pracowni mam zawsze kilkadziesiąt obrazów. Na przykład na 45-lecie twórczości w pięknej galerii na Zamku Lubelskim, czyli w mieście w którym się urodziłem, prezentowałem osiemdziesiąt obrazów.
G.T.-S.: Od wielu lat jesteś związany ze Związkiem Polskich Artystów Plastyków.
R.K.: Do związku wstąpiłem kiedy byłem jeszcze studentem. Mój nr legitymacji 8675.
G.T.-S.: Czyli jeszcze w Warszawie?
R.K.: Tak. Rekomendowało mnie dwóch malarzy, gdyż taki był wówczas wymóg statutowy, ale kiedy przyjechałem do Gdańska również od razu zacząłem pojawiać się w związku. Zostałem zaangażowany w stanie wojennym do pracy społecznej pod kierunkiem kolegi Ryszarda Aleksandrowicza, która polegała między innymi na dostarczaniu samotnym artystom paczek żywnościowych, bo szczęśliwie byłem posiadaczem samochodu. Do Zarządu Głównego zostałem wybrany w roku ’93. Pół życia zjadłem w związku.
G.T.-S.: Ale później pełniłeś wyższe funkcje.
R.K.: Byłem skarbnikiem, dwa razy wiceprezesem, wiceprzewodniczącym Głównej Komisji Rewizyjnej i w końcu zostałem w roku 2014 prezesem Okręgu Gdańskiego.
G.T.-S.: Wielokrotnie byłeś za swoją pracę zarówno społeczną jak i artystyczną nagradzany. Czy wśród tych nagród jest taka, która jest dla ciebie najważniejsza, czy miałeś do którejś szczególny sentyment?

R.K.: Oczywiście wszystkie nagrody mnie cieszą i są dla mnie ważne. Ale jeżeli chodzi o ten sentyment, to szczególna jest dla mnie nagroda za „Popularyzacje Kultury Górskiej”, którą otrzymałem w ubiegłym roku w Lądku Zdroju. Co roku odbywa się tam największy festiwal górski na świecie. To ogromna impreza i wielka gala. Statuetkę dostałem za działalność kulturalną, za to że pisałem o górach, pokazywałem przeźrocza, maluję góry, popularyzuję je przez wystawy.
G.T.-S.: Wszyscy znamy Twoje prace malarskie przedstawiające góry. Czy istnieje jeszcze jakaś inna twoja odsłona artystyczna?
R.K.: Chciałbym stworzyć jeszcze cykl portretów ludzi gór. Portret to bardzo trudny temat malarski. Namalowałem kilkadziesiąt ale tylko z kilku jestem w miarę zadowolony. Jestem nieco pedantyczny w malarstwie. A ta cecha, jeśli chodzi o portret nie zawsze jest wskazana. Chodzi przecież o uchwycenie aury i pewnych ulotnych cech portretowanej osoby.
G.T.-S.: Przed tobą jak już mówiliśmy pięćdziesięciolecie pracy twórczej. Jestem przekonana, że będzie tej rocznicy towarzyszyła równie wspaniała jak ta tutaj wystawa, czego Ci z całego serca życzę. Dziękuję za rozmowę.
Gdańsk, 29.10.2019

DMC Firewall is a Joomla Security extension!